Ktoś chciał w ten sposób coś powiedzieć. Nie odcina się kawałka ciała, nie zawija się go w cholerną folię i nie wsadza do eleganckiej skórzanej torebki, jeśli nie chce się zwrócić na siebie uwagi. Albo zagrać policji na nosie, mówiąc: „Hej, gliny! Patrzcie. Ja to zrobiłem, głupki. Jestem od was sprytniejszy”. Poszedł do stołówki, gdzie dolał sobie kawy i przywitał się z kilkoma policjantami. Wciąż studiując raport, przeszedł między boksami do swojego gabinetu. Jak tylko szczegóły dotyczące śmierci Rebeki ujrzą światło dzienne, prasa rzuci się na tę sprawę jak hieny na padlinę. Zaczną się spekulacje na temat seryjnego mordercy, który zabija ludzi powiązanych z Montgomerymi. Nadszedł już chyba czas, by do akcji wkroczyły oddziały specjalne i FBI. To nawet nie taki zły pomysł. Owszem, zawsze były jakieś tarcia, zwykle szło o przepisy albo o zakres kompetencji, ale w zasadzie nie miał nic przeciwko federalnym. Reed pracował już kiedyś z Vitą „Marilyn” Catalanotto, miejscową agentką. Była w porządku, choć trochę apodyktyczna. Właściwie nawet bardzo apodyktyczna. Przeniesiono ją z Bronksu w Nowym Jorku. To wiele wyjaśniało. Jezu, ostatnio w policji jest pełno kobiet. Wszystko przez te bzdurne gadki o wyrównywaniu szans. Szumiały maszyny biurowe, za drzwiami dzwoniły telefony. Ktoś opowiedział nieprzyzwoity dowcip, Reed usłyszał tylko końcówkę, po której z boksów pod oknami dobiegł go śmiech. Niewiele go to obchodziło. Miał ważniejsze sprawy na głowie. Przede wszystkim zabójstwa w rodzinie Montgomerych. Nie żyli córka, matka, ojciec, mąż i teraz pani psycholog, a także kilkoro rodzeństwa Caitlyn Bandeaux. Wygląda na to, że zbliżenie się do niedawno owdowiałej pani Bandeaux jest cholernie niebezpieczne. Reed usłyszał kroki i podniósł głowę. Wysoki mężczyzna napierał prosto na niego. Miał regularne rysy twarzy, kolor skóry zdradzał latynoskie pochodzenie, ciemna, zadbana bródka zdobiła mocno zarysowaną szczękę. - Pan Reed? - zapytał, patrząc na niego dużymi, poważnymi oczami. W jednym uchu błysnął kolczyk. Mimo upału młody elegancik ubrany był w czarną skórę. Na pierwszy rzut oka wydawał się twardzielem, ale pod pozorami arogancji Reed dostrzegł szczerość i żarliwość. - Tak, to ja. - Wyprostował się. - Reuben Montoya z policji w Nowym Orleanie. - Montoya otworzył portfel i Reed spojrzał pobieżnie na odznakę. Wyglądała na prawdziwą. - Słyszałem, że Lucille Vasquez wyjechała z miasta. - Montoya schował odznakę do wewnętrznej kieszeni kurtki. - Zgadza się. - Reed wskazał mu krzesło. - Pojechała do siostry na Florydę. Szuka pan jej córki, prawda? Marty? Ciemne oczy Montoi zabłysły, a zaciśnięte usta pobielały. - Zniknęła sześć miesięcy temu. - To pańska znajoma? - Tak - przyznał Montoya. - Bardzo dobra znajoma. - Rozmawiałem wczoraj wieczorem z jej matką. Od dawna nie widziała Marty i wcale nie wygląda na zaniepokojoną. Chyba raczej czuje się dotknięta jej milczeniem. W każdym razie nie ma pojęcia, gdzie jest jej córka. - Jest pan tego pewien? - Mógłbym się założyć o swoją odznakę, że to prawda.

– Mhm. – Otworzył puszkę i podniósł ją do ust.
tylko dlatego, że sam nie mógł go spłodzić. Powinnam była go lepiej
pewnie ma teraz romans z jakąś dwudziestoletnią gwiazdką!
sobie, jak bardzo się zmienił, gdy odkrył, że jego mała
to znaczy my chcemy, żebyś do nas wróciła. - Poczuł,
Spokojnie, Brannan, skarcił się Jack. Ona jest
Malinda opuściła sypialnię, delikatnie zamykając za
- Mówiłem ci, idioto, że ma na imię Amber - przypomina mu blondyn.
Te słowa wydały jej się obrzydliwe. Czuła, jak pełzną niczym robaki
-Rany boskie, Lauro, czemu do mnie nie zadzwoniłaś?
- Nie powiedziałem.
Jack pracował jak wściekły. Od momentu wejścia
szyję i przyciągnęła do siebie.
hotelu ,,Royal’’ wieczór kawalerski mojego kumpla i nagle

– Tak wówczas sądziliśmy, ale to fatalny sposób na popełnienie samobójstwa. Bardzo

czarownicę lub flirciarę. I wcale tego nie żałował.
– A mam jakiś wybór?
– Do biura? – powtórzyła słabym głosem. Chichocząc i trącając się

– Nie ma problemu. Zaraz pani coś wypiszę. – Doktor sięgnął po

Kobieta na monitorze patrzyła na niego tępym wzorkiem. Morderczyni? Autorka planu
– Mieszka tutaj? – zapytała Martinez.
tak, nie jest duchem. O ile mu wiadomo, stan Kalifornia wydaje prawa jazdy tylko żywym,

stało. Mogłaby wsadzić głowę w piasek i zapomnieć o całej sprawie.

Jakby nie otarł się o śmierć.
nowszych. Nie dalej jak wczoraj doszło do tragicznie zakończonej awantury domowej –
– Posłuchaj uważnie: powiesz mi kto, co, gdzie, jak i kiedy i wszystko, co o wiesz, o tym